Facebook logo

Wystawa z udziałem seniorów

Podczas tegorocznej VI Toruńskiej Senioriady – Jesteśmy 2022 w Muzeum Etnograficzne im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu stanęła wystawa plenerowa.

Można było zobaczyć tam nie tylko zdjęcia seniorów wykonane podczas profesjonalnych sesji zdjęciowych, ale również przeczytacie ich fascynujące historie - o tym, co ich pasjonuje i jaką aktywnością zajmują się na co dzień.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Krystyna - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jak aktywność wpłynęła na Pani życie?

Określenie, że aktywność wpłynęła na moje życie albo je zmieniła jest niezasadne, ponieważ zawsze byłam aktywna. Całe życie. Gdy byłam dziewczynką, najpierw był rower, a później mój szalony tatuś zafundował mi motor. Na studiach grałam w siatkówkę w AZS-ie, było też pływanie – tyle, ile mogłam robić z uwagi na naukę. Potem właściwie nie było przerwy, razem z mężem jeździliśmy w góry, spędzaliśmy czas bardzo aktywnie. Ja może mniej, ale mój mąż bardzo, bardzo.

Jak to wygląda aktualnie?

Aktualnie? Nie mam czasu. Nie mam czasu... Nie, przesadzam. Natomiast moi znajomi mówią tak: Jak pracowałaś, to było wiadomo – pracowałaś od tej do tej, a potem byłaś w domu albo można było cię złapać. Teraz próbują mnie łapać w różnych miejscach, dzwonią do mnie, a ja odpowiadam: „nie mogę, nie mogę, zadzwonię później”. Ale ja to lubię, w moim wieku wciąż jeszcze to robię.

Czyli można powiedzieć, że jest to taki motor napędowy?

Tak, tak. To jest właśnie taki motor napędowy.

Oprócz tego mam jeszcze drugie życie – to, które jest moim prywatnym życiem i nikt nie śmie tam wejść. Gdy pracowałam w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej mąż nauczył mnie, by zamykać drzwi od gabinetu i „przekraczać próg zupełnie innego wymiaru”.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Tadeusz - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Do Rady Seniorów zostałem skierowany przez Toruński Oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Do PTTK należę już 50 lat i jestem jednym z nielicznych, którzy tak długo należą. Do tej pory aktywnie organizuję i uczestniczę w wędrówkach pieszych oraz górskich, a przy okazji w krajoznawstwie i ochronie przyrody. Ze względu na tak długi staż pracy mam wszystkie uprawnienia i prowadzę między innymi referaty weryfikacyjne odznak – między innymi popularnej Górskiej Odznaki Turystycznej. Jestem przewodniczącym Terenowego Referatu Weryfikacyjnego i mieszkańcy Torunia i okolic składają książeczkę, a ja im to potwierdzam. A ponadto dość aktywnie – w miarę możliwości, no bo to już lata lecą – prowadzę wyprawy. Na przykład jutro idę na wędrówki rodzinne – jest taki popularny cykl w PTTK. Co sobotę wyruszamy gdzieś w okolice. Jutro będziemy szli z JAR-u, przez Lasy Łysomickie, Piwnickie i przez Barbarkę aż na Wrzosy. Paręnaście kilometrów. Natomiast jest tam bardzo ciekawe spektrum krajobrazu, bo tam gdzie będzie pętla tramwajowa – tam aktualnie jest typowa pustynia. Potem tam dalej wiadomo – lasy, ale są też takie łąki jak stepy i zbiornik wodny.

Czy aktywność może wpłynąć na nasze życie, zmienić je?

Ja uważam, że trzeba chcieć. Prowadzę wędrówki z seniorami w Kamienicy Inicjatyw, w następny piątek będę szedł w kierunku Kopanina – nad granicę prusko-rosyjską. W Kamienicy zbierają się grupy nawet po 50 osób. Głównie pań, bo aktywne są głównie panie. One chcą się trochę przewietrzyć albo też trochę pobyć z przyrodą. I uważam, że jeżeli właściwie wyważy proporcje pomiędzy długością trasy, atrakcyjnością terenu i ciekawymi zabytkami, to jest to bardzo interesująca forma aktywności.

Jak wcześniej wyglądała u Pana aktywność?

Zacząłem tak naprawdę od momentu pracy w Metronie. Wtedy też wstąpiłem do PTTK. Wędrówki i działania w PTTK zaczęły się, gdy już miałem dzieci. Wtedy robiło się też wycieczki z dziećmi do Kamionek, do Bachotka, na 2–3 dni, na weekendy. A później było już coraz bardziej profesjonalnie – rajdy górskie i tym podobne. Teraz jak gdyby zamykam koło, bo nie jestem już tak wydolny, żeby maszerować z takimi 30-, 40- czy nawet 50-latkami. Ale z dziećmi owszem – czemu nie. Lubię przekazywać wiedzę i zamiłowanie, zainteresować. Jaki to kwiatek, jaki to fragment muru, dlaczego akurat ta górka nazywa się Górą Biskupią? Podczas takiego marszu też nawiązują się kontakty, przyjaźnie, bo na przykład na wędrówkach rodzinnych przez cały rok przewija się 100–120 osób, a na jednej wycieczce spotyka się około 30 osób. Niektórzy specjalnie tak sobie planują ten czas, żeby w sobotę mieć czas na tę wędrówkę. Trzeba też pamiętać, że każda osoba/grupa ma swoich ulubionych prowadzących. Niektórzy lubią zrobić kilkadziesiąt kilometrów, wrócić spoconym, zmęczonym, a po tej wędrówce poleżeć w wannie i odpocząć. A inni lubią spokojnie – 10, 12 kilometrów, ale za to można więcej porozmawiać. Fajnym jest to, że powstają więzy koleżeństwa, później ci ludzie sami umawiają się na przykład na rower czy na spotkanie. Zdarza się wspólne obchodzenie imienin, gdzie taki imiennik przynosi tutę cukierasów i częstuje całą grupę. To jest fajne, miłe i przyjemne.

Jaką odległość Pan pokonuje rocznie?

Na dziś mam już zrobionych około 290 kilometrów, ale na nizinach – bo w góry jadę dopiero 31 maja. Tam to już nie są dalekie trasy, raczej wybieram sobie pogórza, bo te główne szlaki już kiedyś przeszedłem, ale zostały mi jeszcze na przykład okolice Jeziora Rożnowskiego itd. Grupa najbardziej aktywnych osób z naszych spacerów, a są to przeważnie seniorzy, robi około 500 kilometrów w roku. Ponieważ to jest co sobotę, to oni robią nawet czterdzieści kilka wycieczek rocznie.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Franciszek - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Czy aktywność może zmienić nasze życie?

W odpowiedzi na to pytanie opowiem szybko o mojej historii życiowej. Gdy byłem młody, pływałem kajakiem na Wiśle w klubie „Budowlani”. To był krótki czas, bo później zaczęły się biznesy. Wtedy aktywność fizyczna zamieniła się na aktywność biznesową i sprawy życiowe. Doprowadziło mnie to do 50. roku życia. Nagle nastąpiła całkowita zmiana, zacząłem biegać. Wcześniej, gdyby ktoś powiedział mi: „Chodź, przebiegniemy się kilometr” – a na przykład nasz toruński most ma kilometr – to ja bym powiedział: „To ty biegnij, a ja samochodem przyjadę”. Bo takich właśnie słów użył mój syn, kiedy namawiałem go, by ze mną pobiegał: „Tata, to ty biegnij, a ja pojadę za tobą samochodem”. Skończyło się tak, że przez 16 lat ukończyłem ponad 100 maratonów.

Opamiętanie przyszło, gdy waga była bardzo duża. Kropkę nad i postawił kolega i głupi zakład w Sylwestra, o 2 czy 3 nad ranem, już po kilku drinkach. Kolega zrobił zakład, że bierzemy się za siebie od nowego roku. Założyliśmy się o 300 dolarów i wszystko dokładnie spisaliśmy na serwetce w restauracji podczas balu sylwestrowego. Umówiliśmy się, że 10 stycznia idziemy do szpitala na Batorego, żeby neutralna osoba – pielęgniarka, nas zważyła. I ten, kto będzie ważył mniej, dostaje 300 dolarów. Zacząłem od diety, dziesięć dni niejedzenia. Trzeciego dnia rozmawiałem z kolegą, nie dawał rady. Siódmego dnia wstając, przestraszyłem się, bo miałem silne zwroty głowy. Wtedy zjadłem tylko jednego banana i mandarynkę. No i w dziesięć dni dziesięć kilogramów zjechałem. Tego też dnia – w dniu końca zakładu, dzwoniłem do kolegi, a kolega w stanie baletowym, bo przyjechał do niego znajomy z Norwegii i oni sobie popili. Kolega się nie zjawił, zakład się nie odbył. Bełkotał: „Daj spokój, pójdziemy we wtorek…” Zadzwoniłem do niego w poniedziałek, że jest zakład, że już poniedziałek. Kolega stwierdził, że to już jest nieaktualne. Ale dla mnie to wszystko było takim kopem, momentem zapalnym.

Jak Pan zaczął biegać?

Mój pierwszy maraton też był w styczniu, dokładnie 17 stycznia z Chełmna do Torunia. To był ostatni organizowany maraton Chełmno–Toruń. Nie znałem jeszcze wtedy swoich możliwości, powiedziałem do syna, który zawiózł mnie do Chełmna: „Na dwudziestu kilometrach stań samochodem, jak będę biegł po drodze i jakby coś się działo – wsiądę do ciebie”. Na dwudziestym kilometrze pomógł mi jeden człowiek, Tadeusz Spychalski, toruński guru biegowy, maratończyk, który organizuje biegi w Toruniu. Miałem wtedy chwilę słabości, ale on zwolnił i pomagał mi, przytrzymał mnie psychicznie. I jak przebiegaliśmy ten dwudziesty kilometr, mijamy mojego syna, a ja mówię: „Marcin, jedź na metę”. Pamiętam, że syn powiedział: „Tata, chyba zwariowałeś!” To był mój pierwszy maraton i tak przez 16 lat zrobiłem sto maratonów.

I teraz co robić? Do dwustu nie dociągnę, więc co? To był moment, kiedy dowiedziałem się w Internecie o szlaku jakubowym. Dokładnie w 2012 roku, już jako instruktor nordic walking – zdałem wtedy egzamin na koniec czerwca. I po tygodniu pojechałem na granicę francusko-hiszpańską i przeszedłem te 900 km do Santiago. W 2017 roku, jak przeszedłem na emeryturę – znając już historię Santiago, bo wcześniej to nie wiedziałem, co to jest szlak jakubowy, zresztą w czasach dzieciństwa nikt mi o tym nie mówił na religii – wtedy zrobiłem ten szlak podstawowy. Wyszedłem z Torunia jeden dzień po Wielkanocy. I w 3 miesiące i jeden dzień później byłem w Santiago. 4000 km. Teraz szukam czegoś nowego, mam jakieś pomysły na 7000 kilometrów, ale jednak człowiek jest ciągle zajęty.

Zaczęło się od głupiego zakładu o 300 dolarów. Ale wygrałem to, co jest teraz dla mnie większą wartością niż by było te 300 dolarów, jakich do dziś nie dostałem. To było niesamowite. Teraz działam też w Bractwie św. Jakuba. I z racji, że mając z Torunia do Santiago przejście zaliczone, a tutaj przez nasz region idzie jeszcze szlak Camino Polaco z Litwy, w zeszłym roku chciałem przejść z Wilna do Torunia. Ze względu na pandemię pojechałem do granicy z Litwą i od granicy szedłem do Olsztyna, bo od Olsztyna też już miałeś wcześniej zaliczony odcinek do Torunia. Także właściwie mam od granicy polsko-litewskiej przejście aż do Santiago, do Hiszpanii. I teraz jeszcze chcę pojechać do Wilna i przejść ten odcinek do granicy, to jest 400 km. Wtedy od Ostrej Bramy będę mieć cały szlak Camino Polaco zaliczony.

A początek był taki, że ja po prostu wyszedłem. Wielu zadawało mi pytania: „A gdzie będziesz spał?”, „A co będziesz jadł?” – mówiłem: „Nie wiem, po prostu idę.”

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Katarzyna - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jeżeli chodzi o sport – choć jest to forma mało aktywizująca pod względem fizycznym – przez całe życie uprawiam strzelectwo. Nadal jestem członkiem klubu strzeleckiego i przynajmniej raz w roku biorę udział w zawodach strzeleckich – nauczycielskich, które odbywają się na strzelnicy Bractwa Kurkowego. I powiem szczerze, że w ostatnim roku zajęłam pierwsze miejsce, nawet z młodymi ludźmi. Problemem zaczyna już być wzrok, ale najważniejsze jest to, co nabyłam już w szkole średniej. Strzelectwo to nie tylko oko, ale to przede wszystkim kwestia ułożenia w pozycji leżącej, odpowiedniego trzymania karabinka – i jeżeli nabyło się to w odpowiednim momencie, to po prostu pozostaje i przydaje się. Miałam świetnego instruktora. Do szkoły średniej chodziłam w małej miejscowości na Kujawach, tam też kończyłam liceum. Tamten pan nas zaraził tym sportem, zawoził nas na zawody Zawiszy do Bydgoszczy. My byliśmy bardzo dumni z tego, że mogliśmy brać udział i od czasu do czasu zajmowaliśmy jakieś tam miejsca. Zostało mi to do dzisiaj. Mam własny karabinek, mam pozwolenie na broń.

Czy ta aktywność zmieniła pani życie?

Tak, zdecydowanie, zwłaszcza jeżeli chodzi o kontakty towarzyskie, ponieważ dalej utrzymuję kontakty z tymi ludźmi, którzy strzelali i strzelają z dwóch czy trzech szkół w Toruniu, gdzie są koła strzeleckie. Z drugiej strony tego typu aktywność jest mało rozwijająca fizycznie, ale udaje mi się brać udział w turnusach rehabilitacyjnych, staram się też codziennie ćwiczyć.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Maria - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jeździ pani na rowerze.

Od 2000 roku. Zamieniłam samochód na rower. To jest mój rower komunikacyjny i transportowy. Wymieniam tylko opony i koszyki.

Jak zmieniło się pani życie przez tę aktywność?

Zawsze byłam osobą ruchliwą, ale ze schorzeniami, które mam i z wiekiem, jak mówią lekarze, się pogarsza. Mimo wszystko z moimi umiejętnościami ruchowymi – a jestem też instruktorką nordic walking oraz aquafitness i rekreacji ruchowej 50+ – jeżdżę co drugi dzień na rowerze 70 kilometrów. Co sobotę chodzimy po lesie z grupą nordic walking. I robimy ćwiczenia w lesie.

Można powiedzieć, że aktywność fizyczna jest częścią pani życia.

Między innymi tak, bo praca w ogrodzie i na poletku również, ale poza tym jeszcze prowadzimy warsztaty pszczelarskie i o innych owadach zapylających.

Czyli łączenie tej aktywności z przebywaniem na świeżym powietrzu.

Tak , bo to jest wszystko w naturze.

Czy rower to ulubiona z Pani aktywności fizycznych?

Jest ulubiona, ale też potrzebna. Mam chorobę wieloczynnościową kręgosłupa i złamany jeden krąg. Tak więc to mi daje życie. Ruchu nie da się zastąpić tabletką, ale tabletkę ruchem już tak.

Czy ruch pojawiał się w przeszłości?

Jako dziecko zawsze byłam osobą, która coś kombinowała, wymyślała, tworzyła. Z zawodu jestem chemikiem, a z powołania… Jestem bardziej stworzona do kreowania różnych rzeczy, planów związanych z otoczeniem, ogrodem. Interesuje mnie też bycie przewodnikiem, organizowanie imprez sportowych, wycieczek.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Jan - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Należę do pokolenia, które działało aktywnie, nie patrząc na profity. Było to zaangażowanie społeczne, nie mówię tu o tych skrajnych czynach społecznych, ale o angażowaniu się w wiele spraw publicznych, społecznych, artystycznych. Tak miałem już od dziecka i jak gdyby sam do tego dążyłem, że kilka dni w tygodniu miałem zajęte poza nauką i to były działania bardziej artystyczne. Później wszedłem w środowisko kulturalne, pracowałem w Wydziale Kultury. Zajmowałem się działalnością różnych klubów i instytucji artystycznych w Toruniu. To była moja praca zawodowa – byłem pracownikiem Wydziału, później przez ostatnie 40 lat pracowałem w Katolickim Stowarzyszeniu Civitas Christiana i tam też zajmowałem się różnego typu sprawami, również taką aktywnością samorządową. Także nawet trudno byłoby mi wymieniać te wszystkie struktury polityczne, które pojawiły się w moim życiu po 89 roku. Działałem też jako członek komisji spoza Rady Miejskiej Torunia, nadal jeszcze jestem w Czasie Gospodarzy. Zastanawiałem się ostatnio, że kiedyś to miałem kilkanaście funkcji. Teraz jako emeryt mam siedem, w tym właśnie tę zaszczytną funkcję emeryta i dziadka. To sprawa, która wynikła bezpośrednio z PESEL-u, ale też dlatego, że teraz już mija trzecia kadencja, jak jestem tu w Radzie Seniorów. Poza tym prowadzę też oddział miejski Civitas Christiana. Do niedawna prowadziłem też galerię wystawienniczą Omega, ale tu jednak zaważyły sprawy ekonomiczne.

Jeśli chodzi o aktywność fizyczną – czy jest coś, co sprawia panu przyjemność w tym obszarze?

Zajmowanie się psami. To wymusza konieczność wczesnego wstawania, ale późnej też już nie można chodzić w kapciach od rana do wieczora, bo są kolejne spacery, najczęściej po lesie. Poza tym z żoną, która też jest emerytką, jeździmy dużo na rowerze i chodzimy z kijkami.

Czy aktywność fizyczna zmieniła jakoś pana życie?

Trudno mówić, że zmieniła, bo nie twierdzę, że to się pojawiło dopiero teraz, gdy jestem na emeryturze. Gdy pracowałem, to też było normalne, że jeździłem na rowerze, dziennie musiałem robić około 10 kilometrów, żeby dojechać i wrócić. Wtedy też rower nie był tak popularny jak w tej chwili, że na każdym rogu można go znaleźć.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - Marta - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jak wygląda aktywność w Pani życiu?

Ja działam i to dużo działam. Piszę, uczestniczę we wszystkich uroczystościach miejskich i państwowych, ponieważ jestem kombatantką. Więc ja prawie że non stop mam jakieś zaproszenie i gdzieś wyjeżdżam, biorę czynny udział w uroczystościach. Poza tym nasza społeczność kombatancka odchodzi. Więc prozaicznie, ale są też pożegnania, pogrzeby. Piszę przemówienia, czytam Pismo Święte, przygotowuję te pożegnania. Właśnie przed chwilą pokazywałam koledze notes, a w notesie codziennie coś mam, jakieś rzeczy na liście. Działam także w Towarzystwie Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, jestem w zarządzie, w Związku Sybiraków, w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej, bo rodzice byli. Jestem nie tylko kombatantką, ale też, a może przede wszystkim – patriotką.

Jest Pani bardzo aktywna.

Tak, dokładnie. Ja w domu tylko sypiam. W tej chwili też, jadąc na to zebranie, wskoczyłam do Urzędu Miasta, bo ukaże się następny tom wspomnień toruńskich kombatantów. Dostarczyłam jeszcze zdjęcia z uroczystości 3 maja, które bardzo mi się podobały, bo brali w nich udział ludzie z kilku opcji. Szliśmy w jednym rzędzie i się połączyliśmy. Bo dla mnie nie jest ważne kto gdzie należy… Ma być dobrym człowiekiem, ma być dobrym Polakiem, w takim sensie, że ma szanować ojczyznę, nie musi jej kochać, ale szanować. I zaprosiłam tych wszystkich ludzi: „Chodźcie, chodźcie, pójdziemy razem”. I wszyscy poszli, a ja jestem z tego dumna.

Czyli można powiedzieć, że to taka aktywność, która jednoczy ludzi.

Tak! Tak, bo ja kocham i jednoczę ludzi. Na wszystkie uroczystości zawsze zabieram znicz z biało-czerwoną obwolutą. Ostatnio, w Dzień Zwycięstwa, wstąpiłam pod pomnik AK. Przychodzę, a tam nic, pusto, puściuteńko. Płakać mi się chciało, bo to przecież wszystko dzięki nim, oni dla nas walczyli, zginęli i odeszli. A ja jestem córką żołnierza Armii Krajowej, rodzice obydwoje walczyli w Akcji „Burza”. Potem nas zesłali na Sybir, ja byłam 9 lat na Syberii, jestem Sybiraczką. Więc postawiłam im ten znicz. Ale też tego dnia wzięłam ze sobą biało-czerwoną flagę. Malutką, dostałam ją kiedyś z Wydziału Promocji Urzędu Miasta. Ale że ją ze sobą zabrałam, nie wiem… Naprawdę, mam z góry jakieś podpowiedzi. I z tą flagą tylko przyszłam na uroczystość.

Nie było dużo kombatantów, byli Sybiracy, były dwie osoby z Trzeciej Rzeszy. Byli też oficerowie, żołnierze Wojska Polskiego. Jestem przewodniczącą Wojewódzkiej Rady Kombatanckiej, dla mnie tam byli wszyscy ci kombatanci, ja ich wszystkich kocham. Bo to wszyscy kombatanci, nieważne skąd. Dla mnie oni wszyscy są wspaniali. Chciałam, żebyśmy wszyscy razem poszli i złożyli pod pomnikiem tę malutką flagę, żebyśmy się razem ukłonili i oddali hołd tym bohaterom, którzy zginęli. To się niestety nie udało, ale dla mnie nie jest ważne kto idzie, ważne, żebyśmy szli jako jedność, żebyśmy świętowali wspólnie. Ja po prostu staram się jednoczyć ludzi. Nieważne jest dla mnie pochodzenie, kolor skóry, nieważne! Człowiek ma po prostu nie krzywdzić człowieka.

A gdy w sobotę czy w niedzielę mam wolne, mam więcej czasu, to biorę wkłady i biegnę na cmentarz. I odwiedzam wszystkich swoich byłych prezesów, i z Armii Krajowej i z Sybiraków, i moich dyrektorów, i moich przyjaciół, którzy już odeszli. Bo ja kultywuję tradycję, pamięć, szacunek dla nich. Dla mnie to się liczy, bo jeżeli my zapomnimy… to kto będzie pamiętał? Ostatnio nawet biegnę, patrzę – a u generał Zawackiej nic się nie pali, u profesora Kalembki – byłego rektora, ale on również był członkiem Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, bo on też z kresów pochodził. I stawiam tam znicze. Biorę całą siatę i idę.

Ja zawsze sobie znajdę zajęcie. Mało tego, jak sama sobie nie znajdę, to ludzie się do mnie zwracają, żeby im pomóc. Jeżeli mają jakiś problem, to przychodzą do mnie moi przyjaciele, znajomi i mówią: „Słuchaj Marta, jak ty nie pomożesz, to nikt nam nie pomoże”. Ja wówczas szukam możliwości dojścia, kontaktu, gdzie by ich pokierować, żeby te sprawy załatwić. Widzę, że jesteśmy starzejącym się społeczeństwem. Widzę, że w przestrzeni miejskiej brakuje na przykład jakiejś ławki. Zaraz dzwonię, interweniuję, proszę żeby coś usprawnić. Ja pochodzę z Bydgoskiego, tam jest mnóstwo moich przystanków, wiat, ławek, żeby ludzie mogli siedzieć. Bo młodzi to jeżdżą samochodami, ale ci starsi nie mogą wejść do autobusu, mają problem. Ja pomogę, sama mam problemy ruchowe, ale zawsze podam rękę do tego autobusu – pomogę, wciągnę. Zresztą ja 9 lat przeżyłam na Syberii, tam bieda aż piszczała. I tam nas było dziesięć narodowości, a my naprawdę wszyscy żyliśmy w zgodzie. Jak wróciłam to miałam 10 lat, a miałam roczek jak wyjechałam. Nie znałam polskiego języka. Bo tam nie wolno nam było mówić po polsku, tylko pacierz umiałam. A w ósmej klasie udzielałam korepetycji koleżance, tutaj mieszkającej w Polsce, z języka polskiego! Dla mnie zawsze najważniejsze były Bóg, Honor, Ojczyzna, bo tak byłam wychowana przez moich rodziców i ja tak wychowałam swoje córki, i moje wnuki tak samo są wychowane. Te wartości są istotne i niczego złego nie uczą.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - Wioletta - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Czy można powiedzieć, że Pani aktualna aktywność zmieniła Pani życie?

Myślę, że zmieniła. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Czym innym jest siedzieć w domu przed telewizorem i nie robić nic, a czym innym jest wziąć rower i pojeździć po okolicach. Co prawda ciężko jest mi wyciągnąć męża na taki rower, ale ja dużo jeżdżę sama, dużo spaceruję. Jeszcze teraz syn się ze mną angażuje, a to jest coś fajnego dla mnie.

Czyli aktywność fizyczną utrzymuje Pani cały czas.

Tak, tak. Jeszcze za czasów szkolnych uprawiałam biegi przełajowe i grałam w piłkę ręczną, zdarzało się też, że wyjeżdżaliśmy na zawody.

Moim dzieciakom też wpoiłam ten sport. Syn, już dorosły facet, też uprawia biegi albo biega z psem. Fajnie jest dzieci wciągnąć do tego, to takie wspólne spędzanie czasu. Teraz są też wnuki i wnuka też już gonię, dwa razy był ze mną na kijkach z Neuki. To jest takie pokolenie, które trzeba wciągać do aktywności, żeby nie siedziało przed telewizorem.

Można powiedzieć, że to zmienia moje życie, bo samopoczucie od razu jest lepsze. Ale też aspekt społeczny jest ważny, wśród znajomych mam wiele aktywnych osób, wspólnie spędzamy czas, organizujemy się. Gdy ktoś rzuci hasło: „robimy to i to, idziemy tam” czy „jedziemy gdzieś na rowery”, to rzadko się zdarza, by ktoś odmówił. Mam takich znajomych, że napędzamy się, dajemy sobie nawzajem kopa.

Co Pani odczuwa podczas aktywności?

Ciężko to określić, ale najbardziej spokój, odstresowanie się od codzienności. Gdy człowiek jedzie na rowerze, to dostaje skrzydeł. Czuję wtedy taką wolność. Nawet teraz, w tym roku, próbowałam morsowania i myślę, że na tym jednym razie się nie skończy. Siostrzenica mnie namówiła. Moja siostra morsuje od jakiegoś czasu i jej córka też. W pierwszej chwili to był trochę strach. Bałam się tej zimnej wody, tego momentu, gdy się człowiek rozbierze – tego zimna. Ale strach ma wielkie oczy. Byłam z tego tak zadowolona, że powiedziałam, że na pewno na tym nie skończę.

Druga połowa życia też może być piękna, aktywna i fajna. To, że nie mamy tych nastu lat, nie znaczy, że nie możemy czegoś robić, czegoś próbować. Chciałabym jeszcze skoczyć ze spadochronem. To jeszcze odległe marzenie, ale chciałabym. Nawet syn mówi: „Mama, ja ci ten skok wykupie na prezent, skoczysz sobie z instruktorem, spełnisz swoje marzenie”. Chciałabym kiedyś spróbować, myślę, że bym się nie bała.

Nie ma rzeczy, których się Pani boi?

Może trochę skoku na bungee. Chyba bym się zastanowiła, ale żebym się jakoś bardzo bała, to nie. Tak zawsze miałam w sporcie, że lubiłam dawać z siebie wszystko.

To była kwestia współzawodnictwa czy sprawdzenia samego siebie?

Chyba dla własnej satysfakcji, bo nie było żadnego żalu, jeśli człowiek nie wygrał, zajął drugie, trzecie czy dalsze miejsce. Nie było czegoś takiego, że człowiek żałował, że wziął w tym udział. Nie liczyło się dla mnie miejsce, tylko sam udział. Widziałam kiedyś w telewizji, jak jedna pani, dużo starsza ode mnie, skoczyła ze spadochronem i dała radę. To czemu ja miałabym nie dać rady? Nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba wszystkiego spróbować. Później możemy żałować, że tego nie zrobiliśmy.

Lubię też to działanie z innymi i gry zespołowe: siatkówkę, piłkę ręczną, nawet piłkę nożną. Byłam aktywna od podstawówki i chciałam, żeby u moich dzieci też tak było. Starszy syn może jest bardziej podobny do taty – domator, ale młodszy widzę, że jest bardziej jak ja, potrafi ze mną pójść do parku czy pojeździć rowerami. Kibicujemy też razem, gdy jest mecz piłki nożnej.

Skąd to się wzięło u Pani?

Myślę, że mieliśmy dobrego nauczyciela od WF-u, który umiał nas poprowadzić. Od najmłodszych klas nas zarażał do tej aktywności. Nawet po lekcjach mogliśmy iść do niego na boisko, miał piłki, przychodził i nam sędziował. Bardzo dobrze go wspominam. I teraz, dzięki tej aktywności, mam inny humor, inne nastawienie do życia i podejście do wszystkiego.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - Agnieszka - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jak wygląda aktywność w Pani życiu?

Generalnie jestem społecznicą. Aktywność fizyczną też lubię, sprawia mi ona przyjemność – czy to kijki, czy to rower, czy trampoliny… Może nawet odważyłabym się na skok na bungee. Ale jestem też wolontariuszką, wcześniej byłam wolontariuszką w hospicjum, a teraz w Szlachetnej Paczce. Lubię bezinteresownie robić różne rzeczy.

Niesienie pomocy drugiemu człowiekowi?

Różne rzeczy się pod tym kryją. Czasami potrzebna jest pomoc finansowa, ale można też zrobić coś drobnego, zrobić zakupy. Na przykład w pandemii gdybym miała zrobić zakupy, to bym poszła i zrobiła. Dużo ludzi by nie poszło, bo by się bali, że się zarażą.

Gdybym wiedziała, że gdzieś na końcu miasta czy wsi jest jakiś jeden człowiek, do którego nikt nie chce iść i pomóc, to ja bym pewnie pojechała… Nie mam prawa jazdy czy samochodu, to pojechałabym rowerem. I miałabym z tego ogromną satysfakcję. Takie rzeczy mnie nakręcają, bo to nie musi być coś wielkiego. Lubię też bardzo osoby starsze, mam dla nich bardzo dużo empatii. Ale to nie musi być ktoś starszy, żebym mu pomogła. Raczej ktoś, kto po prostu potrzebuje pomocy: słabszy, chory, może ktoś, kto kiedyś zbłądził życiowo. Mogłabym zrobić zakupy, pomóc medycznie – zmienić opatrunek czy coś podobnego. Jest wiele takich osób, które się zagubiły, może nadużywały alkoholu i już nikt im nie chce pomóc. A ja bym pomogła.

Jest to coś pięknego, bo w obecnych czasach to już wygasa w ludziach, ta chęć pomocy bez zapłaty.

Ja już jestem dojrzałą kobietą, pamiętam, że kiedyś jak się wyjeżdżało na wakacje, to zostawiało się klucze u sąsiadów. Teraz już tego nie ma. Nie żyjemy z sąsiadami, nie mówię, że musimy wszyscy być wielkimi przyjaciółmi, kochać się, odwiedzać, nie wiem… zapraszać się na imieniny, urodziny. Ale chodzi o takie podstawowe rzeczy. Gdy coś się dzieje, często ludzie udają, że nie widzą, nie słyszą; a jednocześnie zazdroszczą, że ktoś sobie kupił samochód. Teraz już z sąsiadami nie utrzymuje się kontaktów... I to starsze pokolenie, i to młodsze pokolenie.

Ja nie jestem osobą bogatą. Jak ktoś ma dużo pieniędzy i wpłaca duże sumy na akcje charytatywne to super, ale ja tego nie zrobię, bo takich pieniędzy nie mam. Ale już mogę pomóc w wolontariacie Szlachetnej Paczki. Mam kilka rodzin, które opisuję, a później ten ktoś dostanie to, czego potrzebował i ja widzę ich szczęście. W tym roku miałam bardzo fajne rodziny i potem czuję takie zadowolenie, że można było im pomóc. Bo jakaś historia życiowa sprawiła, że stanęli w takiej, a nie innej potrzebie. Może i ja kiedyś znajdę się w takiej potrzebie i wtedy i do mnie los się uśmiechnie.

Czy taka społeczna chęć pomocy była w Pani od zawsze?

Zawsze chciałam być pielęgniarką, ale moja mama nie pozwoliła mi iść na pielęgniarstwo… Może to, że zawsze chciałam iść na pielęgniarstwo, znaczy, że ta chęć pomocy była we mnie od zawsze. Jestem też bardzo wrażliwa na krzywdę zwierząt, na pewno zawsze ratowałabym zwierzęta, gdybym widziała, że jakieś jest porzucone albo chore. Na pewno jestem społecznicą i taką bardziej zadaniową dziewczyną. Pojechać do pana Kowalskiego, iść go wykąpać, ogolić, zrobić zakupy. Lubię konkrety. W Hospicjum Światło byłam wolontariuszką i tam jednej osobie wystarczyło poczytać książkę, a z drugą posiedzieć i pomalować paznokcie – bo to, że pani jest w hospicjum, to nie znaczy, że jest tylko chora i nie lubi być pomalowana.

Czasem wystarczy drobna rzecz, żeby ktoś się uśmiechnął. I mi to też daje radość.


Za udział w tym projekcie dziękujemy Radzi Seniorów Miasta Torunia i paniom, które uczestniczyły w konkursie "Aktywny senior w Toruniu"

Strona stosuje pliki cookies. Korzystanie ze strony oznacza zgodę na wykorzystanie plików cookies zgodnie z Polityką cookies.

Akceptuj